2016/2017

Dodano 30 grudnia 2016, w Bez kategorii, przez mamemi

Zbliża się nowy rok… Zmiany? Postanowienia? Nowe cele?

Jeden. Tylko jeden, jedyny.

Żyć…

Mam już dość siebie i swoich wahań nastrojów. Gdzie w ciągu kilku godzin maksymalna euforia zamienia się w mega doła. Gdybym siebie nie znała, zaczęłabym się podejrzewać o schizofrenie. Rozdwojenie jaźni. Zwał jak zwał…

Kończę rok upijając się na smutno kolejnym kieliszkiem wina. W tle leci nostalgiczna nuta, która przyprawia o nic innego jak tylko o płacz. To jest ta druga strona „schizofrenii”. Ostatnio coraz częściej…

Cały rok ciągnie mnie w jedno miejsce, które jest tak niedaleko, a gdzie nigdy nie byłam. Góry. Wysokie góry… Mam ogromną potrzebę pójść. Wyciszyć się. Oderwać. Czegoś nauczyć…

Cały czas staram się być silna. Silna dla wszystkich. A nie jestem dla siebie. Przeraża mnie to. Mogę wszystkim pomóc. Ale nie sobie. Bo nie potrafię…

Moim postanowieniem jest żyć. Żyć, nie istnieć…

Cokolwiek by się nie zdarzyło… Tylko tyle chcę…

 

Dodano 29 grudnia 2016, w Bez kategorii, przez mamemi

Rok 2016 kończę z pewną zmianą. Małą zmianą. A może dużą? Sama nie wiem…

Dostałam w końcu pracę. To „w końcu” brzmi jakoby była ona wyśniona i wymarzona. A nie jest. No nie dowiary, ale nie jest…  Mój entuzjazm trwał krótką chwilę. A później zgasł… Jest we mnie wewnętrzne poczucie, że zrobiłam to trochę wbrew sobie. Wytłumaczeniem jest fakt, że przecież w końcu coś musiałam zrobić. Manna z nieba niestety nie spada. Z uporem maniaka uczyłam się czegoś, co przyprawiało mnie o mdłości, żeby później wystartować w konkursie i o wielkie zdziwienie go wygrać. Chciałam go wygrać. Ale czy dla siebie?

Mam w sobie mieszane uczucia…

To nie jestem ja. Zupełnie nie ja. Obawiam się, że zgasnę… Tak bardzo chciałabym zrobić coś w swoim życiu co wywoła we mnie entuzjastyczne uczucie satysfakcji. Ale brak mi… sama nie wiem czego. Pomysłu? Odwagi? Wiem, że nie mogę się tak od razu poddać. Nie robię tego tylko i wyłącznie dla siebie. I o ironio, tak wiele osób we mnie wierzy… A ja sama przed sobą nie potrafię się przyznać, że mi źle, że to nie to. A co dopiero przed innymi?

Rozwydrzona, grymaśna dziewucha?

Nie… uwierzcie, że nie…

Zagubiona. Tak cholernie zagubiona…

A odwaga? Chyba zapomniałam co to jest. I uwierzcie, że jest mi z tym źle. Bardzo źle…

I co rano powtarzam sobie „odważ się żyć…”

Jak?

 

Mała Megi

Dodano 28 grudnia 2016, w Bez kategorii, przez mamemi

Kiedy zmarła moja Babcia, kiedy ostygły te największe emocje, kiedy życie dalej toczyło się show must go on, wzięliśmy się za porządki wszystkiego, co po Babci pozostało. Kiedyś trzeba było.

Rzeczy od tych najbardziej osobistych, po te codziennego użytku. Jakże wymowne są wówczas słowa piosenki… „…pójdę boso…”. Czasami jesteśmy tak bardzo skupieni na gromadzeniu rzeczy materialnych, że zapominamy o tym, co najważniejsze. Każda najmniejsza rzecz po nas pozostanie. Być może coś zostanie zachowane na pamiątkę, a być może wszystko pójdzie z dymem.

No ale wracając do porządków. Pośród wszystkich rzeczy, tych bardziej zakurzonych i tych mniej znalazł się kalendarz. Kalendarz z zapiskami z 1987 roku. Moja Babcia przez lata prowadziła takie zapiski. Nie było by w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że to rok moich urodzin. Z wypiekami wertowałam strony nie zważając na to co zapisane po kolei, byleby znaleźć ten dzień i kolejne dni po nim.  I znalazłam.

Niesamowite uczucie… Kiedy Babcia pisze „Mala Megi jest taka śliczna, już patrzy, reaguje”. Albo „Mała Megi czeka na mleczko, jest taki mały cwaniaczek, bardzo fajny”. Łza się w oku kręci, kiedy się coś takiego czyta. Zwłaszcza z perspektywy tylu lat. Wdzięczność wobec Rodziców, wobec Mamy, która nie miała łatwo podczas mojego przyjścia na świat jest dużo większa. Do tego nasila się ogromna tęsknota za tymi, których już nie ma i którzy uczestniczyli w moim wychowaniu. Tęsknota, a zarazem wdzięczność.  Za wszystko i każdemu z osobna. Miałam cudownych Dziadków. I to nie rzeczy materialne są cenne, chociaż poniekąd stanowią pamiątkę, ale to co zachowane w głowie. Wspomnienia. Których nie zabierze nikt…

Poza tym, były to cholernie ciężkie czasy…

 

Boże Narodzenie!

Dodano 25 grudnia 2016, w Bez kategorii, przez mamemi

Istnieje powszechnie znane powiedzenie „święta święta i po świętach”, które już dokładnie za dwa dni zacznie być wypowiadane i przekazywane z ust do ust. Sama tak często mówiłam poirytowana faktem, że tak krótko, że tak mało wolnego…

A dziś mam ochotę dać sobie w łeb za takie myślenie. Bo  zupełnie nie o to w tym wszystkim chodzi. Nie święta – a Boże Narodzenie. I zaczyna się we mnie pojawiać przekonanie, że spędzanie czasu w gronie najbliższych, w radości, miłości cieple itd itd, jak powszechne życzenia brzmią, nie jest istotne tak bardzo. Nie jest istotne ponad to, co właśnie przeżywamy… On ciepła nie miał… Czy poza spotkaniami z rodziną, poza wspólnym, radosnym czasem, w wolnym tłumaczeniu poza biesiadowaniem przy obfitym stole wiemy dlaczego w ogóle biesiadujemy? Czy zapraszamy do swoich domów Solenizanta? Urodziny bez Niego, to trochę słabe….

Warto się zatrzymać i zastanowić…

Wszystko przybrało obraz jednego wielkiego monopolu. Wszystko stało się takie medialne, przewidywalne. Eh…

Moim życzeniem zarówno dla siebie jak i dla wszystkich jest to, aby ta magia, która nas ogarnia  trwała zawsze, abyśmy byli dla siebie mili, serdeczni i wyrozumiali. Żeby dzień, w którym gasną wszystkie spory, dzień ciepły choć grudniowy nie był tylko jednym dniem.

Pamiętajcie – dobro zawsze wraca. I starajmy się dawać dwa raz więcej aniżeli otrzymaliśmy.

Głęboko wierzę, że kiedyś będę mogła się przytulić do tego Największego i najbardziej Kochającego Serca…

A więc moi drodzy, radujcie się,

Bóg się rodzi, moc truchleje!

 

Chwila słabości.

Dodano 16 grudnia 2016, w Bez kategorii, przez mamemi

Mam kryzys.

Kryzys, ale nie wieku średniego. Bynajmniej.

Mam kryzys życia. Albo lepiej. Kryzys wszystkiego.

Chwilowy, krótkotrwały, takie uzewnętrznienie emocji. Uzewnętrznienie w typowy babski sposób. Szlochanie. Albo nie. Bek. Też chyba nie… Ryk!

Płacz małego bezbronnego, nic nie rozumiejącego dziecka, które płacze, a nie wie o co… Zanosząc się przy tym niemiłosiernie.

To ja tak mam. Teraz.

Musiało się gdzieś wewnątrz wszystkiego nazbierać, skoro tak nagle niespodziewanie wypłynęło. Albo miało wypłynąć? Spodziewanie?

Ostatnio staram się być silną i twardo stąpającą po ziemi kobitą. Ale nie wychodzi. No kurwa, nie wychodzi. A chyba muszę. Bo ktoś musi nie?

Ok. Był kilkunastominutowy bek, aczkolwiek tak intensywny, że rano obudzę się z zapuchniętymi oczami. Obudzę się i będzie nowy dzień.

Założę na twarz maskę z uśmiechem i promienną buźką. To jedna z moich stałych masek więc nie jest źle.  Jest powiedziałabym, całkiem nieźle.

Dam radę… Przecież dam…

Chwila słabości każdemu się może zdarzyć.

 

Dzwonnik z Notre Dame

Dodano 12 grudnia 2016, w Bez kategorii, przez mamemi

Nie pamiętam momentu, w którym dowiedziałam się, że Święty Mikołaj tak naprawdę nie istnieje. Jednak doskonale pamiętam czas, kiedy w niego tak bardzo wierzyłam. I był to najpiękniejszy czas…

Chwila o poranku, kiedy budząc się, pierwsze co robiłam to suseł w okno. O tak! Był! Zabrał mój list! Biegiem do Rodziców gnałam, żeby przekazać Im tę nowinę. A Oni ze skrywanym uśmiechem, tym dorosłym i tym wszystko wiedzącym cieszyli się razem ze mną. Dziś, patrząc na Nich, na Ich twarze, które są osmagane wiekiem, jestem Im niezmiernie wdzięczna za wszystko. Za tę baśń którą specjalnie dla mnie tworzyli, w dzieciństwie również.

Wciąż mam jeden z prezentów, z którego tak bardzo się cieszyłam. Idealna, w nienaruszonym stanie, zadbana, wychuchana i nieskalana latrami książka „Dzwonnik z Notre Dame”.

Historia Dzwonnika do dziś wywołuje uśmiech na mej twarzy. Kiedy byłam małym dzieckiem Rodzice sprezentowali mi bilet do kina. Na owy film miałam pójść z Tatą. Byłam tym faktem tak niezmiernie podekscytowana, że obudziłam się w środku nocy, wystroiłam i pobiegłam do pokoju Rodziców, aby Ich obudzić. Bo już czas. Już musimy iść. Sporo czasu zajęło Im wytłumaczenie mi, że to jeszcze dobrych kilka godzin. Ale ja już byłam gotowa! Tato zabrał mnie na „Dzwonnika z Notre Dame”. Bajkę rzecz jasna. Już wtedy okazało się, że jestem bardzo wrażliwą osobowością, gdyż poryczałam się na bajce jak dziecko. No dobra – byłam dzieckiem. Jednak co jest najistotniejszym w tym wszystkim. Nie mieliśmy samochodu, gdyż w domu się nie przelewało. Do kina pojechaliśmy starym czerwonym MKS-em. Jednak w drodze powrotnej nic już nie kursowało. Tato złapał mnie za rękę i poszliśmy do domu piechotą. Ok 7 kilometrów… Tak po prostu…

Poza książką dostałam jeszcze kolorowankę i puzzle. Oczywiście z Dzwonnika :) Kolorowanka się wyeksploatowała, a puzzle… hmmm no właśnie nie wiem…. gdzieś zostały oddane innym pokoleniom.

Wszystko pamiętam jak dziś…

I jestem Im tak bardzo wdzięczna, że poświęcali się, aby mnie uszczęśliwić. Swoją małą „Megi”…

„Megi” to już osobna historia :)

 

Rodzina jest najważniejszą częścią życia…

Dodano 11 grudnia 2016, w Bez kategorii, przez mamemi

Pogoda nie jest sprzyjająca, wietrznie jak cholera, do tego polskie realia – mocniej zawieje – nie ma prądu, no bo jak inaczej…

Ok godziny 19 zgasły wszystkie światła, nastała ciemność. Krzątając się po omacku po domu znalazłam kilka świeczek i rozświetliłam delikatnym światłem ciemność. Początkowo nie mogliśmy sobie z Tatą miejsca znaleźć, chodziliśmy w te i wewte od okna do okna, aż w końcu usiedliśmy w salonie na kanapie przy migoczącym płomieniu małej świeczki.  Usiedliśmy i zaczęliśmy rozmawiać. Tak po prostu. Tata zaczął opowiadać jak to dawniej było, jak za dzieciaka mieszkał w starym drewnianym domku, gdzie brakowało ogrzewania,  jak to dawniej sąsiedzi się zbierali i rozmawiali ze sobą, bez zapowiedzi bez wystawnych przyjęć. Rozmowa płynęła…

Dawniej jednak ludzie byli ze sobą znaczni bliżej, niż teraz. Miałam okazję tego spróbować, bo wychowałam się w takich a nie innych czasach, bez dostępu do luksusów jakie są obecnie. I Bogu dzięki…

Co muszę przyznać, to w naszym domu potrafimy usiąść i rozmawiać. I nie potrzebujemy do tego braku prądu. Rozmowa potrafi zacisnąć mocne więzi, które jednak są potrzebne do życia. Rodzina jest zawsze rodziną, zwłaszcza ta najbliższa. Fakt – bywają złości i nieporozumienia, ale koniec końców miłość wszystko bije na łeb na szyję. Człowiek im bardziej dojrzalszy, tym bardziej wszystko docenia i inaczej patrzy na pewne sprawy. Możemy się nie zgadzać w wielu sprawach, ale zawsze będziemy stać za sobą murem! Rodzina jest najważniejszą częścią życia. Zarówna ta, w której się urodziliśmy, jak i ta, którą będziemy w przyszłości tworzyć. Na nic pieniądze, na nic wystawne życie, kiedy nie ma tego ciepła i tego bezpieczeństwa.

Moim marzeniem jest stworzenie takiej Rodziny…

Moim marzeniem jest wychowanie dzieci tak, jak ja byłam wychowana…

I będę do tego dążyć!

Tym bardziej, że wiem iż osoba z którą chcę tworzyć Rodzinę jest tą właśnie osobą…

Mam nadzieję, że nam się to uda.

 

 

Każdy dzień jest nowym dniem

Dodano 28 listopada 2016, w Bez kategorii, przez mamemi

Biały puch niczym pierzyna przykrył wszystko wokół. Niektórzy mówią na to białe gówno, ja jednak wolę puch :) Za kilka dni kartka z kalendarza przewróci się na grudzień, więc pora chyba w sam raz, chociaż dla wielu pewnie jednak i tak za wcześnie. No cóż, taki mamy klimat…

Lubię zimę. Tak jak kocham wiosnę, uwielbiam lato, i nie mam nic przeciwko jesieni.

Uczę się…

Uczę się cieszyć każdym dniem, bez względu na to, czy jest on słoneczny, czy deszczowy, czy jest śnieżna zawierucha, lub doskwierający upał. Każdy dzień jest darem.

Uczę się…

Uczę się wykorzystywać każdy dzień, nie marnując ani chwili. Tutaj jestem dopiero na początku nauki. Niestety… Wielokrotnie powtarzałam sobie, że wypracuję w sobie pewne nawyki, że nie będę marnować dni i godzin. Często się potykam i ulegam złudzeniom. Następnie targają mną wyrzuty sumienia. Te cenne minuty, które otrzymuję każdego poranka wielokrotnie przelatują niezauważone między palcami…

Uczę się…

Uczę się kochać siebie. Być lepszym człowiekiem dla siebie. Dzięki temu będę lepsza dla innych. Jestem równie ważna jak bliscy wokół mnie. Nie będę umiała pomóc innym, jeśli najpierw nie nauczę się pomagać samej sobie…

Uczę się…

Uczę się modlić. Tak. Modlić… Nie klepać bezmyślnie wyuczonych na pamięć paciorków, a rozmawiać z Bogiem. Dbanie o swoje wnętrze duchowe jest równie istotne co dbanie o psychiczne samopoczucie, czy też dbanie o ciało i zdrowie.  Wszystko da się ze sobą pogodzić. Możliwym jest modlitwa i życie na pełnej petardzie. Polecam przy tym przeczytać wywiady z ks. Kaczkowskim.

Mam trzydzieści lat na karku i wciąż się uczę. Uczę się życia, uczę się samej siebie. Wciąż do końca nie wiem na ile i na co mnie stać, ale jestem niemal pewna, że mam w sobie ukryty potencjał. Że mogę wiele.  Wielokrotnie sama siebie zaskakuję emocjami, które towarzyszą mi w różnych sytuacjach. Jakiś czas temu reagowałabym zupełnie inaczej niż teraz.

Nie tylko się wobec tego uczę, ale też zmieniam. Zmienia się moje myślenie i punkt widzenia, który podobno zmienia się z punktu siedzenia. To, co niegdyś było dla mnie bardzo ważne, dzisiaj nie ma najmniejszego znaczenia. Przestaję żyć na pokaz. Żyję dla siebie i dla moich bliskich. Wiele rzeczy odeszło na bok, stało się nieistotnymi. Ich miejsce zajęły zupełnie inne i zupełnie przeciwne wartości.

Doceniam każdy dzień.

Każdy dzień jest darem.

Każdy dzień jest dobry na naukę i poznanie czegoś nowego.

Każdy dzień bezpowrotnie pobiera z naszego życia minuty.

Ty też go wykorzystaj najlepiej jak potrafisz…

********

Biały puch niczym pierzyna przykrył wszystko wokół…  Ale kurde wieje… :)

 

Wspomnień blask

Dodano 18 listopada 2016, w Bez kategorii, przez mamemi

Z mojej własnej perspektywy…

Wspomnienia są czymś najpiękniejszym i najcenniejszym co posiadam. Nikt mi tego nie zabierze, chociażby ograbiono mnie z wszystkiego materialnego, co mam. Chociażby próbowano wyzbyć mnie z uczuć i potargać moją godność, wspomnienia pozostaną.

Te najpiękniejsze i najcenniejsze, te, które mnie czegoś w życiu nauczyły i te zupełnie beztroskie. Starannie każde po kolei wkładam to szufladek pamięci. Jedna z nich, ostatnia, której nigdy nie otwieram gromadzi to, czego pamiętać nie chcę… Czasami w ferworze burzy mózgu rozogniają się i próbują z niej wychodzić niczym ogniste języki, jednak zawsze płomień zostaje zgaszony.

Te najpiękniejsze i najcenniejsze…

Sięgam pamięcią do dzieciństwa. Tak beztroskiego, że aż z nostalgią. Wielorodzinny dom, w którym się nie przelewało. W którym panowały zasady. Jednak nie zamieniłabym go na żaden inny. Dziś dom jest opustoszały, szary, zaniedbany… Pusto i cicho. Niektórzy się wyprowadzili, niektórzy odeszli już na zawsze… Zamykając oczy przywracam obrazki z tamtych lat. Zielona trawa wokół, gwar rozmów, niewielka gospodarka, brykające dzieciaki z osiedla niczym baranki na łące. Smak świeżo pieczonego chleba z domowym masłem. Wieczorem bieg z garnuszkiem do babci, mleko prosto od krowy, jeszcze lekko ciepłe… Kto by dzisiaj pomyślał? Całe dzieciństwo spędzone na świeżym powietrzu, wyprawy do lasu, domki na drzewach, bazy, o zmroku nawoływanie przez Rodziców, że może wreszcie do domu… Spokój, z dala od hałasu, miasta, obcowanie z naturą… i… aparaty na kliszę!!!

6

Wsi spokojna, wsi wesoła…

Jestem wdzięczna Bogu i Rodzicom :) za to, że dorastałam w tamtych  latach, latach 80-tych. Za to, jak mnie wychowali i jakie wartości we mnie wpoili. Z perspektywy czasu są one jeszcze cenniejsze. Cieszę się, że wychowałam się bez komputera, bez telefonu, który wówczas nie był zupełnie do niczego potrzebny. Bo i bez tego zawsze wszyscy się spotykaliśmy. Nauczono mnie ogromnego szacunku do ludzi. Przez usta nigdy nie przeszły mi słowa „mój stary”, czy też „moja stara”.

Miałam szczęśliwe dzieciństwo i z chęcią do niego powracam, czasem z wielkim sentymentem, a czasem wręcz ze zdziwieniem, jak to możliwe, że jeszcze żyję…? No ale wówczas dzieci były nieśmiertelne :)

Wspomnienia są czymś najpiękniejszym i najcenniejszym co posiadam…

Moje wspomnienia

 

 

 

Inna

Dodano 8 listopada 2016, w Bez kategorii, przez mamemi

Inny jest tym, którym nauczono mnie być, ale to wcale nie ja. Inny wierzy, że powinnością każdego człowieka jest przez całe życie głowić się jak zgromadzić pieniądze, by na starość nie umrzeć z głodu. I człowieka tak bardzo pochłaniają myśli i plany na przyszłość, że przypomina sobie o życiu dopiero wtedy, gdy jego dni na ziemi są policzone. Ale wówczas na wszystko jest już za późno.

Przytłoczona problemami życia codziennego zgubiłam gdzieś siebie z tamtych dni.

A byłam przecież taka inna… Trochę nawet oderwana od rzeczywistości. Cholernie nie chciałam dorosnąć. Chciałam zatrzymać czas i tkwić w swoim własnym tak bardzo osobistym i intymnym świecie. Za każdym razem, kiedy stawało coś na przeszkodzie, uciekałam w swój kąt. Tak było wygodniej. Bezpieczniej.

A dni płynęły beztrosko…

Jeszcze nie świadoma wtedy tak cholernie szybko upływającego czasu. Odpierałam od siebie myśl tej dorosłości, ogarnięcia się, znienawidzonego słowa „muszę”.

W głowie zupełnie inny schemat życia. Tak bardzo odbiegającego od otaczającego mnie zewsząd standardu, wyuczenia, bo tak trzeba.

Myśli otaczały sprawy zupełnie nieistotne dla człowieka żyjącego w dzisiejszym świecie. Powinnam się urodzić co najmniej w latach 60-tych. Byłabym wówczas jednym z dzieci kwiatów. Wolność i sprzeciw wobec wszelkich przyjętych schematów.

Jak Boga kocham… powinnam…

Godzinami patrzyłam w gwieździste niebo. Widziałam w nim coś, czego nikt nie potrafił zrozumieć. Wszechświat wywoływał we mnie uczucie fascynacji, czegoś nieodgadnionego. Czułam się otulana nocną szatą, mogłam tak trwać. Noc była przedsionkiem mojego świata, do którego wiele razy uciekałam. Papieros… Poczucie wolności i bycia ze sobą sam na sam. Bez zbędnego gadania.

Nagle odwracam wzrok… dorosłość. Ta cholerna dorosłość. I słowo „muszę”, którego zaczęłam coraz częściej używać.

Odmierzyli jedną miarą nasz dzień
Wyznaczyli czas na pracę i sen
Nie zostało pominięte już nic
Tylko jakoś wciąż nie wiemy, jak żyć

Nie tego się spodziewałam… Zabolało, cholernie zabolało.

Ale ja pragnę zachować w sobie chociaż cząstkę siebie z tamtych dni… W tym pośpiechu, gonitwie, walką o przetrwanie nie zapominać czym jest życie. Nie żałować. Nie zbierać myśli na dziesięć lat do przodu. Nie popaść w paranoję pieniądza… Stworzyć swój świat podobny mi.

Bo taka przecież jestem…

 

Dziewczyna z sąsiedztwa

Dodano 5 listopada 2016, w Bez kategorii, przez mamemi

Kiedyś była zupełnie inna.

Odważna, pewna siebie, ale przy tym nieświadomie głupia.

Chociaż…

Może oceniam ją zbyt surowo?

Była typem dziewczyny z sąsiedztwa. Jak to mówią – do tańca i do różańca. Szerokie kręgi znajomych i koledzy z podwórka z którymi potrafiła niejednokrotnie całymi  nocami rozmawiać. O wszystkim i o niczym. Zawsze lepiej czuła się w męskim towarzystwie. Nie dlatego, że potrzebowała męskiego pierwiastka do adoracji, bynajmniej… Byli dla niej szczerzy. Bez owijania w bawełnę i bez fałszywego dupolizania. Dzięki temu mogli liczyć także na jej szczerość, na radę, na awaryjny telefon w ciągu nocy.

Nieświadomie w tym wszystkim trzy razy usłyszała słowa, których usłyszeć nie powinna. Ktoś potraktował dziewczynę z sąsiedztwa inaczej niż powinien, zaczął patrzeć na nią inaczej niż powinien. Patrzeć jak na kobietę…

W jej pewności siebie nie było jakiegoś wow. Nie stroiła się, nie kręciła tyłkiem, nie była wyzywająca. Wręcz przeciwnie. Ta pewność siebie była czymś innym. Dres i  włosy związane w kucyk towarzyszyły jej wizerunkowi długi czas. A jednak dostrzegali w niej coś czego ona sama nie widziała. I nie rozumiała. Ta pewność siebie miała w sobie krztę kokieteryjnej skromności i nieśmiałości.

W erze  nagości i seksu, kiedy w okół było sporo wyzwolonych dziewczyn, ona była zupełnie inna. Jakby wszystkiemu na przekór.

Dziewczyna z sąsiedztwa złamała kilka serc. Chociaż tego nie chciała. Nie wiedziała. Pojęcia nie miała. Była sobą, była tylko tą cholerną dziewczyną z sąsiedztwa. A jednak…

Dziś już nie jest tą samą dziewczyną. Jest kobietą. Kobietą, która znalazła Miłość tam gdzie jej w ogóle nie szukała. Oddała swe serce w bezpieczne dłonie. Do reszty świata jest nieco na dystans.

Czy zostało w niej coś z dziewczyny z sąsiedztwa?

Nie wiem…

Dziewczyna z sąsiedztwa to ja…

 

Dodano 3 listopada 2016, w Bez kategorii, przez mamemi

Chwile słabości przytrafiają się co jakiś czas, chociaż staram się ich do siebie nie dopuszczać. Zdarza się, że stają przed drzwiami mojego życia próbując bezczelnie przekroczyć próg. Bez pytania, bez żadnego zaproszenia, wręcz na chama…

Czasem bywam szybsza i widząc je przez okno, tak zgrabnie skradające się, zatrzaskuję drzwi na wszelkie możliwe zamki. Chcą mnie podejść, zaskoczyć…

Won mi stąd!

Czasem jednak mój refleks zawodzi…

Mam w sobie moc i mam w sobie odwagę. Tylko gdzieś na samym dnie. Zasypane strachem, bojaźnią i brakiem pewności siebie. I te chwile słabości, którym udaje się do mnie podejść dorzucają. Nieustannie dorzucają i nieustannie przysypują.

/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\

Refleksja….

Do tej pory kiedy słyszałam o człowieku, który popełnił samobójstwo myślałam jak o egoiście.

Niepojętym jest dla mnie sytuacja, w której człowiek odbiera sobie życie. Co więcej, wymaga to cholernej odwagi… Co musi człowiekiem kierować, że dopuszcza się takiego czynu?

Z reguły nie było we mnie współczucia tylko złość.

No bo jak tak można?

Dzisiaj już sama nie wiem co myśleć.

Człowiek odebrał sobie życie. Znałam. Spokojny, serdeczny i tak poczciwy jak mało kto. Co musiało pójść nie tak? Co takiego się wydarzyło?

Nie dowierzam…

Pospiesznie szukam w głowie możliwej przyczyny, ale nie jestem w stanie żadnej znaleźć.

Umysł człowieka jest nieodgadniony. Nikt niczego nie zauważył. Stało się z wczoraj na dziś…

Ludzie wciąż będą kiwać głowami i powtarzać. Że taki, że owaki, jak mógł, co mu odbiło.

Nie nam oceniać.

Nam się pomodlić…

 

 

 

Ona…

Dodano 1 listopada 2016, w Bez kategorii, przez mamemi

Od dłuższego czasu ma wrażenie, ze życie przenika jej między palcami.

Jest trzydziestoletnią kobietą, tak cholernie nieustatkowaną. Sięgając pamięcią wstecz jeszcze bardziej upewnia się w przekonaniu, że popełniła sporo błędów. Błędów, których się naprawić nie da. A jakoś trzeba iść do przodu.

Z każdego zdarzenia, z każdej pomyłki zawsze stara się wyciągać jakieś wnioski. Teraz nie potrafi. Tępy wzrok wbija w pustą ścianę. Nie wie co zrobić. Dawno, o ile kiedykolwiek nie była na takim zakręcie. Niby wszystko jest ok, ale przy tym tak cholernie nie ok.

Czas wcale nie działa na jej korzyść. Coraz bardziej się boi. Ma wątpliwości co do tego, czy wszystko ułoży się tak jak powinno…

A jak powinno?

Działa presja ogółu. A to tym bardziej nie pomaga. Chowa głowę w poduszkę i płacze. Ma świadomość tego, że wiele rzeczy dzieje się przez nią. Przez nią zaczął też cierpieć On. Ona to wie i tym bardziej jest przerażona.

Zastanawia się, co z nią do cholery jest nie tak, że wszystko koncertowo chrzani.

Ona tak bardzo chciałaby Rodzinę. Od dłuższego czasu czuje instynkt, który nazywany jest instynktem macierzyńskim. Cierpi… Nie może sobie z tym poradzić.

No bo jak?

Ona to ja…

A to ta druga twarz…

 

Listopadowy szał…

Dodano 31 października 2016, w Bez kategorii, przez mamemi

Zewsząd czytamy, że dzień Wszystkich Świętych to czas skupienia, czas zadumy… Człowiek bardziej przygląda się życiu, przemijaniu i zdaje sobie sprawę z tego, jak wszystko może być kruche. To prawda…

Żal że się za mało kochało
Że się myślało o sobie
Że się już nie zdążyło
Że było za późno

Jednak listopadowy szał trwa.

Każdego roku przecieram ze zdumienia oczy, jak napędzana jest koniunktura. Oczom nie wierzę, kiedy obok cmentarzy poza tonami kwiatów i zniczy w tych dniach widzę budki z jedzeniem i napojami. Ludzie tłumnie „wpadają” na cmentarz z wielkimi chryzantemami, sztucznymi tandetnymi wiązankami, grającymi aniołkami i zniczami na baterie…

„Wpadają”

Bo gdyby przyjrzeć się bardziej i dokładniej temu wszystkiemu. Ukochana Babcia i Ukochany Dziadek stają się Ukochani pierwszego, czasem jeszcze drugiego listopada. Kiedy opadną emocję i szał listopadowy minie o Ukochanych Dziadkach często zapomina się przez cały kolejny rok. Aż do następnego pierwszego listopada.

Zwiędnięte kwiaty, przewrócone flakony i wypalone znicze zdobią cmentarz długi czas. Kiedy już wszystko zostanie uprzątnięte pojawia się pustka. Przez wiele miesięcy nie zapłonie ani jedno światełko, przez wiele miesięcy nie zostanie odmówiona modlitwa, przez wiele miesięcy nikt nie pochyli w zadumie głowy nad grobem.

Smutne, ale jakże prawdziwe…

Czy o to w tym wszystkim chodzi?

Jeśli miałabym się zdobyć na osobistą refleksję – tak, pierwszy listopad jest dla mnie dniem zadumy, tak kładę na grobie kwiaty i palę znicze, ale robię to przez cały rok… nie tylko w ten dzień…

Moi Dziadkowie wciąż są moimi Dziadkami.

„Człowiek żyje, dopóki trwa o Nim pamięć”

 

 

 

 

 

 

A gdyby tak… w drugą stronę?

Dodano 25 października 2016, w Bez kategorii, przez mamemi

W taki dzień jak dziś jesień przybiera piękną postać. Otulona złoto bordowym płaszczem mieni się w promieniach słońca. Z każdym mrugnięciem zdaje się nabierać coraz to inne i intensywniejsze kolory. Mężne zielone lasy pokryły się paletą kolorów, nadając im subtelny i delikatny wyraz. Słońce, choć nie tak mocne jak latem, muska twarz delikatnym ciepłem. Jest pięknie. Jest cudownie. Kocham jesień. Kocham świat. Kocham życie!

Poniosło mnie? Przesadzam? Wyolbrzymiam?

No może…

Ale dlaczego by nie przesadzać w drugą stronę? Społeczeństwo nasze posiada taką niechlubną, nieukrytą już nawet cechę. Narzekamy. Całe życie narzekamy. Nawet ta cholerna jesień jest beznadziejna bo liście lecą, trzeba grabić, bo zimno już jest, trzeba zapalić w piecu, bo mokro i wilgotno, bo dzień już krótki…. Do niemal każdej sytuacji znajdziemy jakieś „ale”, coś zawsze będzie nie tak, coś zawsze będzie źle…

Wyolbrzymiamy. Używamy słów, których chyba nie do końca jesteśmy świadomi. Z naszych ust jak z automatu wypływają określenia typu tragedia, masakra itp…

- Jak ja dzisiaj wyglądam. Tragedia

- Masakra jaki dzisiaj jest paskudny dzień

- O Boże jak mi się dzisiaj nie chce… masakro – tragedia…

Mentalność ta wyssana jest już  chyba z mlekiem matki. Otoczenie wpływa na nas tak, że aż głupio być cały czas zadowolonym i cieszyć się z pierwszego wiosną przebiśniegu, łapać ciepłe promienie słońca, lub też po prostu oddychać pełną piersią dziękując Bogu za kolejny dzień.

- Mało wiesz o życiu, jesteś nienormalna, bądź poważna, zastanów się, życie nie jest proste nie jest piękne, lecz się…

Będę przekorna. Będę cholernie przekorna!

Będąc u progu trzydziestki i mając za sobą jakieś doświadczenia wiem, że życie jest zbyt krótkie. Do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć. Sztuka czerpania radości z życia jest sztuką nie łatwą. Ale zdaje się być do opanowania. Trzeba tylko chcieć. Bardzo chcieć.

Zbędnym jest tracić czas, radość i energię na coś, na co wpływu nie mamy.

Zbędnym jest tracić czas, radość i energię na zajmowanie się cudzym życiem.

Zbędnym jest tracić czas, radość i energię na zazdrość i zawiść.

Zbędnym jest tracić czas, radość i energię na chowanie wieloletniej urazy.

Życie trwa tu i teraz! Nie da się cofnąć czasu. Nie da się cofnąć wypowiedzianych słów. Dlatego żyj obecną chwilą i czerp radość z wszystkiego z czego się tylko da.

Taką umiejętność posiadają dzieci…

Obudź w sobie dziecko.

Odnajdź w sobie równowagę. Złap ten balans i utrzymuj go. Z czasem będzie coraz łatwiej. Spróbuj każdego poranka otwierając oczy wypowiadać słowa, których sama jakiś czas temu nauczyłam się wypowiadać za sprawą Reginy Brett „Oto jest dzień, który dał nam Pan, weselmy się i radujmy się w nim…”. Wierz w to co mówisz, a zobaczysz, że będzie lepiej… Zaufaj.

Bo tak naprawdę mamy tylko dwa wybory. Albo żyć, albo umierać.

Co wybierzesz?

Ja wybieram życie…

Ps. I wyolbrzymiaj…! :)

Otagowane:  

Ja jestem cudem. A Ty?

Dodano 20 października 2016, w Bez kategorii, przez mamemi

„Twoje spojrzenie na świat kształtuje twoje życie bardziej niż twoje życie kształtuje twoje spojrzenie na świat. Nie masz wpływu na to, co cię spotyka, ale masz wpływ na swoją reakcję na to, co cię spotyka”. Regina Brett

Dawanie czegoś od siebie innym sprawia niespotykaną satysfakcję. Przynajmniej mi. Bardzo często jest to słowo… Dobre. I pocieszenie. Wówczas wiem, że życie ma sens. Żyję po coś i dla kogoś. Jednak nie mogę zapominać, że żyję przede wszystkim dla siebie. Będąc dobrą dla siebie, będę dobra dla innych. Tak samo jest z szacunkiem… To bardzo ważne.

Odnoszę wrażenie, że dzisiejszy świat za dużo od nas wymaga. Media z każdej strony poją nas ogólnie przyjętymi standardami, które dalece odbiegają przynajmniej od moich standardów życia. Zatacza się wówczas trochę błędne koło, bo przez to życie przestaje cieszyć i satysfakcjonować. Dlatego, że często od tych standardów odbiegamy… Jeśli chcemy wyróżnić się z tłumu, musimy mieć pewność, że zostaniemy zapamiętani. Jednak pojawia się pytanie. Jakie są właściwe powody aby zostać zapamiętanym we współczesnym świecie? Dominacja? Sukces? Chamstwo? Dążenie po trupach do celu? Nazywając rzeczy po imieniu – sprzedanie się? Bycie dobrym, szczerym i uczciwym ma jeszcze jakikolwiek sens?

Ty i ja jesteśmy jedną małą szarą kropeczką pośród miliardów kropeczek. Też szarych.

Nie wiem jak Ty, ale ja czuję się szczęśliwa.

Wbrew wszystkiemu co mnie otacza mam jeszcze wiarę w Boga, wiarę w Miłość i wiarę w ludzi. Chociaż tej ostatniej coraz mniej, aczkolwiek w każdym staram się zobaczyć coś dobrego. Przynajmniej małą cząstkę. Staram się najlepiej jak potrafię wykorzystywać dar mowy, dar słuchania i przede wszystkim dar życia. Bo życie jest darem. Życie jest cudem. Ja jestem cudem. Mam świadomość tego, że czas nieustannie biegnie. Ani wolniej, ani szybciej. Cały czas tak samo. Aczkolwiek w dzieciństwie odnosiłam inne wrażenie. Teraz wiem, że było ono złudne. Faktem jest, że codziennie mamy dokładnie tyle samo minut do wykorzystania. Ani mniej ani więcej.

Zdaję sobie sprawę z tego, że możesz pomyśleć – dobrze mówić, ale w rzeczywistości wcale nie jest tak różowo. Pracuję od rana do wieczora, nie mam w ogóle czasu dla siebie… Moje minuty wyglądają codziennie tak samo, nie mam kiedy wykorzystać swojego potencjału, mam dzieci, mam dom na głowie itd…

Wiesz… chciałabym mieć pracę. Nie narzekaj nigdy na to, że masz za dużo pracy. Nie zrozumiesz, co czuje ten, kto jej nie ma. Mając dwie zdrowe ręce, dwie zdrowe nogi, będąc „kompletnym” człowiekiem nie mamy prawa narzekać, a tym samym obrażać Boga.

Bóg dał Tobie i mi szansę. To czy ją wykorzystamy zależy tylko i wyłącznie od nas. Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że nie jest to łatwe. Czasami musimy iść pod cholernie stromą górę. Wielokrotnie z niej możemy po drodze spaść. Ale nie jest to powodem aby po jednym upadku się poddać. Nie można wiecznie czekać, aż siłą ktoś wyrwie nas z letargu i pomoże. Tak się nie da… Upadłam i to nie jeden raz. Ale nauczyłam się wstawać. Silniejsza. Mam wiarę i chęć kroczenia cały czas w kierunku marzeń. Wiem, marzenia często pozostają tylko marzeniami. Ale przecież tak pięknie jest marzyć…

„-Znasz sekret życia?

Nie

-Jedno. Tylko jedno. Trzymaj się tego. Reszta nic nie znaczy.

Co to jest?

-Sam musisz do tego dojść…”

Ja jestem cudem. A Ty?

 

Motywacja motywację pogania

Dodano 19 października 2016, w Bez kategorii, przez mamemi

Jestem jeszcze nie do końca poskładana w pisaniu… nie bardzo potrafię się odnaleźć…

++++++++++++

Umysł ludzki jest chłonny jak gąbka, wszystko wchłania. I się dostosowuje. Ok, trochę uogólniłam – taki jest mój umysł.

I chyba tylko mój…

Jakiś czas temu z ogromną namiętnością godną namiętności osoby kochającej książki czytałam felietony Reginy Brett. Jeden za drugim. Lekcje na wszystko. Byłam wówczas taka spokojna i taka uduchowiona. Skończyły się felietony, skończyło się moje uduchowienie. Zgubiłam gdzieś spokój co gorsze…

Jakże istotnym jest karmienie ducha pozytywną myślą, pozytywnym słowem, czymkolwiek co pozytywne.

Pamiętam kiedy równie namiętnie karmiłam swego ducha nieodgadnioną jak dla mnie do dziś energią książek Paulo Coelho… O mały włos nie stworzyłam swojego fikcyjnego zakonu RAM, byłam mistykiem, alchemikiem, a nawet przez moment Marią – dziewczyną z brazylijskiej prowincji, która wyruszyła w daleką podróż. Można zbłądzić… Eh stare dzieje…

Z jednej strony mogę sobie tylko pogratulować wyobraźni i tego, że w tak zgrabny sposób potrafię znaleźć się w innym świecie, w świecie książek gdzie wszystko staje się bliskie, jak na wyciągnięcie ręki. Z drugiej jednak strony czasami ciężko powrócić do świata realnego, do życia i do otoczenia, które nie raz tak bardzo odbiega od moich wyobrażeń…

Złapanie spójnej harmonii pomiędzy duchem a ciałem jest niezwykle trudne. W bardzo łatwy sposób można stracić tę równowagę, a co za tym idzie spokój, czego efektem jest brak radości z tego co najpiękniejsze – życia. A wszędzie gdzie wzrokiem nie sięgnąć otaczają nas dobre rady, motywacje i wskazówki. Które mówią nam jak żyć…

Zaraz zaraz…

Dawniej przecież  nie było żadnych wskazówek, życiowych drogowskazów, lekcji na życie, czy też lekcji na umieranie. Ludzie po prostu żyli. Dlaczego we współczesnym świecie jest to tak bardzo potrzebne?

Motywacja do treningu, motywacja do życia, motywacja do nauki, motywacja do działania, motywacja na każdy dzień tygodnia… Warsztaty motywacyjne, mówcy motywacyjni, coach nie wiadomo który lepszy od drugiego. Porady, wskazówki, filmy motywacyjne… Internet aż kipi!

Bez tego się nie da?

Serio?

Wnioskuję sama po sobie, że jest mi to do niczego nie potrzebne, aczkolwiek bez tego nie dałaby rady…

I pamiętaj!

„Jesteś jedyną osobą na świecie, która może wykorzystać Twój potencjał” :)

Ot, taka filozofia…

 

Urojenia…

Dodano 12 października 2016, w Bez kategorii, przez mamemi

Każda myśl, każdy stres, każde niepowodzenie odczuwalne są w moim ciele. I to czasami tak bardzo doskwiera.

Doskwierający ból przeszywający moją głowę

Tępy ból otulający moje ciało

Ścisk w klatce piersiowej. Brakuje oddechu, lub jest on płytki i niespokojny

Gwałtowne bicie serca.

„spokojnie, nic ci nie jest, uspokój się” – myśli powtarzane jak mantra.

Jednak serce bije coraz mocniej. Poczucie ogromnego niepokoju.

Miotam się tak z myślami pół nocy, aż w końcu zasypiam… Rano otwieram oczy. Dotykam twarzy, rękoma błądzę po ciele. Szczypię… Ała… Ok, czyli nie umarłam.

Taki film potrafi trwać dobrych kilka dni, czasami nawet tygodni. Przywołanie porządku w głowie, powrotne szufladkowanie myśli i urojeń wymaga nie lada wysiłku i energii.

Później zaczynam żyć od nowa. Po raz enty.

Ilu ludzi zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo psychika współgra z ciałem?

Urojenia w ludzkiej głowie przybierają nie raz tak absurdalny obraz, że aż się można przerazić…

Wokół tylu ludzi poważnie choruje. Jak nie na raka to inne schorzenia. Siedzę i czekam, aż coś dopadnie i mnie. No i tak siedzę. I czekam… A przez palce przelatują chwile, te o których nie będę pamiętać. Bo w tym czasie byłam zajęta. Czekaniem.

Ma to jakikolwiek sens?

I człowiek taki wkurzony… Bo nie mogłoby to tak w drugą stronę działać? Zamiast złych filmów te dobre? Przesada w drugą stronę? Czemu nie.

Wiele złego w życiu było. Były momenty złe, smutne i przygnębiające. Były łzy, cierpienie, była i żałoba. Ale show must go on do cholery i tego się będę trzymała. Dopóty, dopóki coś mnie znowu nie pierdolnie i nie zetnie z nóg…

 

Na początek

Dodano 11 października 2016, w Bez kategorii, przez mamemi

Pierwszy, dziewiczy wpis… Można by rzec, że jestem dziewicą blogową, ale tak nie zupełnie do końca… Kiedyś sporo blogowałam. W okresie swojego nastoletniego buntu, burzliwego okresu dojrzewania, okrutnego uderzenie twarzą w twarz z obliczem dorosłości. Wówczas ekran monitora był moim przyjacielem. Miejscem, gdzie uwalniałam emocje, a myśli płynęły nie oplecione cenzurą i strachem „co sobie o mnie pomyślą”.
Dziś jestem już dojrzałą kobietą, aczkolwiek nie do końca ustatkowaną… Cholernie trudno mi się do tego zabrać. Chciałoby się rzec – to jaka z ciebie dojrzała kobieta?
Z czasem się pewnie przekonacie…

Dlaczego dzisiaj? Dlaczego teraz? Nie wiem… Od wielu miesięcy mówiłam sobie „od jutra”. Dziś jest ten dzień.

Przygodę z blogiem czas zacząć :)